„Rosja vs Stany” etap 7, czyli majówka nad Issyk Kul

          Majówka to czas odpoczynku, relaksu, długi weekend i te sprawy, wszyscy doskonale to znamy. Ja mam długi weekend od 3 tygodni, ale to nie znaczy że się obijam, wręcz przeciwnie terminarz do tej pory miałem bardzo napięty, a życie bardzo aktywne, dopiero teraz zaczyna się podróż jakiej chciałem, czyli spontaniczne decyzje i brak pośpiechu, zostały mi trzy tygodnie na dwa kraje więc nie muszę się martwić. 28 maja we wtorek ruszyłem nad Issyk Kul, złapać trochę oddechu i słońca, bo po Syberii i Kazachskich stepach marzyłem o wiośnie.

          Marszutka z dworca w Biszkeku ruszyła przed 9 rano, oczywiście podstawowa zasada czyli komplet pasażerów musiała być spełniona. Potem tylko pięć godzinek po górkach i dotarłem do celu, w zasadzie prawie, bo od drogi musiałem jeszcze kawałek przejść, ale pogoda była idealna, a widoki cudne, więc to była czysta przyjemność. Punkt 14 byłem u wrót ośrodka, położonego zdala od jakiś miejscowości i nad samym brzegiem Issyk Kul. Idealnie, lepszego miejsca nie mogłem sobie wymarzyć. Ojciec Remigiusz zapowiedział mi że w ośrodku pojawi się dopiero w czwartek wieczorem, ale administratorzy są poinformowani, a pokoik czeka. Tak też było. Pokój z widokiem na jezioro i góry, było co raz lepiej. Zrzuciłem swoje graty, wypiłem herbatkę z administratorem i poszedłem na kilku godzinny spacer brzegiem. Po czym mimo całej cudowności miejsca pomyślałem, ale co ja cholera będę tu sam robił cały tydzień? Odpocząć będzie fajnie, ale po tygodniu zacznę gadać sam do siebie. No nic, Ojciec Remigiusz wspominał że mają się w czwartek zjawić też jacyś Polacy, może też podróżnicy, zobaczymy. Po powrocie do ośrodka okazało się że przyjechały kucharki i jakaś ekipa, która organizuje tu młodzieżowy obóz sportowy, przynajmniej coś się dzieje. Byłem zmęczony trasą i długim spacerem dlatego zjadłem tylko kolację, a potem poszedłem spać.

W drodze nad Issyk Kul

Issyk Kul i mój ośrodek w oddali

           Następnego dnia obudziłem się około 7 rano, do 9 się nie wychylałem z pokoju, w końcu czasu mam od groma i co z nim robić? Po przemyśleniu sprawy stwierdziłem, że dzisiaj pojadę do miasta Karakol oddalonego od ośrodka o 50 km, czwartego co do wielkości miasta w Kirgistanie. Administrator podwiózł mnie do pobliskiego miasteczka Pokrowka, skąd multi taksówką za 60 som (3,60zł)  dojechałem do centrum Karakol. Odwiedziłem zabytkowy meczet zbudowany w stylu chińskich świątyń, spacerowałem po parkach, ale najbardziej interesujący był bazar, kiedyś już pisałem że uwielbiam odwiedzać bazary, rzadko znajduję coś interesującego do kupienia, ale ludzie i jedzenie są wystarczająco ciekawe, tym razem też zjadłem obiad na bazarze, warunki w jakich był przygotowany w Europie przyprawiły by inspektorów sanepidu o zawał, ale tutaj było to normalne i co najważniejsze smaczne. Zjadłem zimną zupę jarzynową z makaronem i krochmalem, tak z krochmalem i nie pomyliłem się bo po Rosyjsku krochmal to też jest krochmal, co sprawdziłem w słowniku żeby nie mieć wątpliwości. Chciałem jeszcze odwiedzić bazar zwierząt, ale okazało się że jest nieczynny, z powodów mi nieznanych. Popołudniem wróciłem do ośrodka, za 80 som (4,80zł).

Miasto Karakol

Pomnik Lenina

Meczet w stylu Chińskim

Obiad z krochmalem

Powrót do ośrodka

           Jeszcze tego samego dnia, gdy zszedłem do kuchni na herbatę, wszedłem w komitywę z kucharkami i pomogłem im lepić pielmieni, po naszemu uszka, które miały być na kolację. Tego dnia kolację zjadłem w kuchni, a nie z gośćmi na stołówce, zostałem uznany za swojego.

Pielmieni

          Kolejnego dnia po śniadaniu znowu poszedłem na długi spacer brzegiem jeziora, tym razem w drugą stronę. I znowu refleksja w stylu i co ja mam tu robić? Jest pięknie owszem, ale ja muszę coś robić, nie umiem po prostu siedzieć i kontemplować. Trudno, najwyżej wrócę do Biszkeku wcześniej niż planowałem, lub pojadę do Czołponaty, coś się wymyśli. Wróciłem do ośrodka, skierowałem się do kuchni żeby napić się czaju i zobaczyć co tam ciekawego słychać. Pani Adela pierwsza kucharka, zapytała czy nie chciał bym im pomóc robić pierożków, stwierdziłem że czemu nie skoro i tak nie mam nic do roboty. Siedzieliśmy tak rozmawialiśmy i robiliśmy pierożki, które są całkiem inne niż nasze. Zresztą zobaczycie na zdjęciach.
          Po „robocie” już w pełni zaprzyjaźniony z kucharkami poszliśmy posiedzieć nad jezioro i tutaj sprawdza się w pełni moja teoria że jak ludzie chcą się dogadać to i bez znajomości języka się dogadają, a jeśli nie chcą to i w tym samym języku się nie uda. My mimo że mój Rosyjski zostawia wiele do życzenia, rozmawialiśmy bez większych problemów. Gdy wróciliśmy okazało się ze w ośrodku zjawiła się wyczekiwana przeze mnie ekipa Polaków, dwie Polki z dwójką dzieci i mąż jednej z nich Niemiec, a wieczorem dołączył do nas jeszcze Ojciec Remigiusz i napotkana przez niego podróżnicza Pola, Polka od lat mieszkająca w stanach, w zasadzie teraz podróżująca od 4 lat. Zrobiła się nas całkiem spora gromadka. Po rozmowie z Ojcem Remigiuszem, okazało się ze jeśli mam ochotę mogę jutro zabrać się z nimi na wycieczkę w góry, na co ochoczo się zgodziłem. Może jednak będzie co robić w trakcie mojego pobytu tutaj?

Własnoręcznie robione Kirgijskie pierożki

Widok z mojego okna

  Dzień czwarty, zaczął się jak każdy inny ostatnio czyli obudziłem się o 7 i do 9 wylegiwanie się, potem śniadanie, a po śniadaniu kierunek góry. Pojechaliśmy całą ekipą, najpierw spory kawałek piękną malowniczą doliną, by potem zostawić auto i iść na spacer. Większość czasu rozmawiałem z Panią Polą, okazało się że mamy mnóstwo wspólnych tematów, oczywiście o podróżach. Szkoda że po wycieczce odłączyła się od nas i ruszyła w dalszą drogę. My zaś wróciliśmy do ośrodka. Zaraz po powrocie, poczłapałem do kuchni zobaczyć co tam słychać, a działo się sporo, bo wieczorem miała przyjechać młodzież na obóz sportowy. Cóż było robić, każdą pomoc się przyda, więc zakasałem rękawy i do roboty. W zamian za pomoc Pani Adela, nauczyła mnie robić plow, w skrócie kasza lub ryż, z warzywami i mięsem, a w domu pewnie i tak mi nie wyjdzie. Wieczorem faktycznie zjawili się uczestnicy obozu, w sumie to w wieku studenckim i muszę przyznać że całkiem ciekawa gromadka z Kirgistanu, Kazachstanu i Uzbekistanu. Z kilkoma osobami udało się zamienić parę słów. Tego dnia położyłem się bardzo późno jak na moje ostatnie zwyczaje.

Nasza Polska ekipa

          Dzień piąty. Sobota. Tym razem wstałem później niż zwykle, efekt nocnego posiedzenia, ale rytuał ten sam śniadanie o 9 i co dalej? Polsko Niemiecka ekipa zaproponowała ponownie wycieczkę w góry, a potem Karakol, jak dla mnie bomba, Ojciec Remigiusz też był chętny tym bardziej że jedziemy w rejon którego jeszcze nie zna. I powtórka ze wczoraj wycieczka, piękne widoki, przejazd autem terenowym, spacer, niestety deszcz nam wybija z głów długie spacery, więc trzeba wracać. W Karakol odwiedzamy piękną drewnianą cerkiew, którą wcześniej odwiedzając miasto przypadkiem ominąłem. Potem na obiad do restauracji, generalnie jedzenie w restauracjach nie jest w moim stylu, ale jak wszyscy to wszyscy. Zamawiam pysznego lagmana, czyli takie Kirgijskie spaghetti, dosłownie. Po obiedzie powrót nad jezioro, w drodze powrotnej razem z Ojcem Remigiuszem i Uwe uzgadniamy że po powrocie idziemy pływać w Issyk Kul. Wyzwanie było podjęte, jeden motywował drugiego, a woda? Cholernie zimna, ale radocha niesamowita, ciesząc się jak dzieci moczymy się w pięknym i bardzo czystym jeziorze. Dupka zmarzła, ale było warto. Kąpiele, kąpielami ale obowiązki jakieś są, okazało się że w międzyczasie dostałem zaproszenie do kuchni na kolejną lekcję gotowania. Dzisiejszy temat to… lagman! Ucieszyłem się bo smakował mi bardzo, pewnie też mi w domu nie wyjdzie. Tak zostałem pomocnikiem powara w Kirgistanie. Kolacja była pyszna, a w jej trakcie Pani Adela wyszła do stołówki i na forum oznajmiła że jest jej bardzo przykro że jutro opuszczam ośrodek, że bardzo dużo pomagałem w kuchni, generalnie obsypała mnie pochwała które muszę przyznać były bardzo miłe, cała sala nagrodziła mnie brawami. Okazało się że to nie koniec atrakcji, bo obóz sportowy dzisiaj ma oficjalne otwarcie i zapraszają nas na drugą kolację oraz otrzęsiny. Impreza była bardzo udana, a ja zostałem głównym fotografem imprezy, ponieważ im padła bateria w aparacie, a mój był gotów do pracy. 

Cerkiew w Karakol

Kąpiel w Issyk Kul musiała nastąpić, to była kwestia czasu…
Zachód słońca widziany z mojego okna…
Robimy lagman

Działam, działam… :))
Wesoła ekipa z obozu sportowego
          Kolejny dzień, to niedziela i czas powrotu do Biszkeku, szczęście mi dopisywało ponieważ dzisiaj Ojciec Remigiusz też jedzie do Biszkeku, więc mogę się z nim zabrać. Jeszcze przed śniadaniem do mojego pokoju zajrzała P. Iza z pytaniem czy nie chciał bym się dołączyć do nich, bo Ojciec Remigiusz zaraz poprowadzi mszę „polową”. Przyznam szczerze że nie często chodzę do kościoła, ale tym razem z dużą chęcią wziąłem udział w mszy. Było kameralnie, bo tylko dla 6 osób, modlitwa była ciekawsza, a najbardziej trafiła do mnie modlitwa w mojej własnej intencji żeby mój anioł stróż był zawsze przy mnie i miał sporo cierpliwości, bo ma przy mnie mnóstwo roboty… oj fakt ma, ma…
          Pożegnanie z Paniami Kucharkami i Administratorami było krótkie i smutne, bo chętnie bym jeszcze został, ale zew wzywał na szlak. Od Pani Adeli dostałem prowiant na drogę, między innymi suchary własnej roboty na czarną godzinę. Mimo że czas spędzony tam był to dla mnie wyjątkowy, a Issyk Kul zostanie na pewno w mojej pamięci, byłem głodny dalszej drogi, a w Biszkeku miała czekać już na mnie wiza Tadżycka, przepustka do dalszej przygody. Czas ruszać w drogę.

W bonusie 3 panoramki z nad Issyk Kul:

          Podobał Ci się post? Spodobały Ci się zdjęcia? Masz ochotę o coś zapytać lub coś dopowiedzieć? Doceń moją pracę i zostaw po sobie ślad w formie komentarza…

Comments

  1. Jara mnie widok tej tajgi:-D

  2. Wiem, że nie będę zbyt oryginalna, pisząc, że masz wspaniałe zdjęcia, ale to prawda. Jak rozumiem, po tej podróży jesteś już mistrzem w lepieniu uszek 😉 Pozdrawiam,
    http://www.ladywabagunda.blogspot.com

  3. Paulina says:

    Wspaniałe widoki:) Morze plus góry mega. Zazdroszczę wyjazdu:)

  4. Polubiłam ten tekst: obudziłem się rano i zastanawiałem się co będę dziś robić. Nie: co muszę dziś robić. Wolność podróżowania:)

  5. Artur says:

    Choć stosunki polityczne są napięte uwielbiam rosjan oraz ich język a szczególnie rosjanki 🙂 Tak ciepłych, otwartych ludzi na zachodzie się nie spotka. Będę śledził kolejne wpisy na pewno.

  6. Poczekaj dalej… będzie lepiej…

  7. Piękne widoki to i zdjęcia muszą jako tako wyglądać…. a co do uszek to jakaś praktykę mam

  8. Jezioro, ale piękne to fakt…

  9. To Chyba najpiękniejsza forma podróży… robić co chcę, nie musieć…

  10. Domi says:

    No muszę o to spytać: jak smakuje zupa z krochmalem???

    Widoki rzeczywiście piękne! Aż szkoda, że zdjęcia takie malutkie 😉

  11. Jak tam jest pięknie! i co też wspaniałe, nie ma tam miliona turystów 🙂 Bardzo mnie ciągnie na Wschód…

  12. Krochmal w sumie jest bez smaku, ale dobrze zapycha żołądek… :)))

    a zdjęcia nie mogą być większe, bo mój komp by się chyba spalił z przeciążenia… ;ppp

  13. stosunki polityczne chłodne, ale stosunki między ludzkie i otwartość jest na bardzo wysokim poziomie… a Rosjanki piękne, oj piękne też uwielbiam…

  14. Moje subiektywne zdanie jest takie że wschód jest dużo ciekawszy niż zachód… o ile z tym zdaniem można się nie zgadzać bo są gusta i guściki, to już nikt nie podważy tego że jest dużo taniej na wschodzie, a to już bardzo poważny atut… ;)))

  15. Przepiękne widoki. Zachęcać bardziej nie trzeba.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *