Kirgistan. Ot i jestem. Za plecami granica z Kazachstanem, a przede mną kolejny kraj, 10 kraj byłego ZSRR który odwiedzam i kolejny kraj Azji Centralnej. Na pierwszy ogień mam w planie odwiedzić stolicę, czyli Biszkek, z granicy to około 20 km, a koszt marszutką to 20 som (ok. 1,20zł), początek całkiem, całkiem. Jazda Marszutką trwa około pół godziny, po czym docieramy do centrum miasta, reakcja moja była taka że poszedłem do kierowcy marszutki z pytaniem czy to już na pewno centrum, bo trochę nie dowierzałem w to wielkie nic które zobaczyłem. Pierwszych kilka chwil nie mogłem się odnaleźć, ale po chwili złapałem darmowe, miejskie wi-fi, wow. Udało mi się wyszukać guest house w sensownej cenie, więc miałem pierwszy cel. Idąc oczywiście pieszo przyglądałem się miastu. Było to typowe socjalistyczne miasto, szerokie ulice, monumentalne budynki rządowe, parki, flagi i pozostałości po epoce sowieckiej na każdym kroku, ale miało w sobie coś co mnie urzekło. Ciężko powiedzieć że Biszkek jest ładny, bo ładna to jest Barcelona, ale jednak urzekło mnie w nim coś czego nie jestem w stanie opisać, może to że tętnił życiem, może to że widać było że jest dla ludzi, a może to że wreszcie trafiłem na oznaki wiosny, bo ani w Rosji, ani w Kazachstanie nie było mi to dane.


 |
| Flaga Kirgistanu |
 |
| Pomnik Manasa, czyli największego bohatera Kirgistanu |
 |
| Pałac prezydencki w Biszkeku |


Po dość długim spacerze odnalazłem adres, sytuacja że tak powiem śmieszna, bo domofon nie działa, winda nie działa, nikt z lokatorów nie zna żadnego guest house, ale miałem dokładny adres więc ruszyłem z tym moim wielkim plecakiem po schodach pod numer 26. Nawet się nie zmachałem gdy dotarłem na miejsce, a moje zdziwienie było dość spore gdy okazało się że wlazłem na 7 piętro. Jednak chyba te górskie spacery mają jakiś wpływ na moją kondycję.
Lokum było dość przerażające na pierwszy rzut oka, szare, mroczne, trochę obskurne i jakieś obce, ale w sumie najtańsze jakie znalazłem (450som), więc jakiś plus widziałem. Później się przyzwyczaiłem i oswoiłem, więc było nawet przyjemnie. Po rozmowie z administratorem, okazało się że wszystko działa (domofon, winda) tylko jest awaria prądu co mnie znowu przeraziło, bo cholera wie ile tu na tym końcu świata może taką awaria trwać. Na szczęście okazało się że za parę minut naprawili i wsio robotało, łącznie z Wi-Fi. Wypiłem kawę, i chciałem ruszać do ambasady Tadżyckiej, ale koleżanka z którą akurat rozmawiałem uświadomiła mnie że jest niedziela, co było dla mnie strasznym zaskoczeniem. No nic. Nie pozostało mi nic innego jak ruszyć w miasto. Jako że było wcześnie to wyszło na to że cały dzień kręciłem się po mieście. Spacerowałem po licznych parkach, popijałem kawkę w kawiarni czy jadłem obiad na stołówce, których w Biszkeku jest sporo i można za bardzo rozsądną cenę (ok. 10zł) zjeść porządny dwudaniowy obiad i kompot, czaj, czy kawa, co kto lubi, raj dla globtrotera.
 |
| W tym bloku znajdował się mój Guest House |
 |
| Woda z saturatora, to jest ta podróż w czasie… |
 |
| Cyrk |
 |
| Koniki pasą się nawet w centrum stolicy |

Następnego dnia z samego rana ruszyłem do ambasady Tadżykistanu, nie kombinowałem za dużo tylko wsiadłem w taksówkę, bo zależało mi na czasie. Co się później okazało całkiem nie słusznie. Na miejscu spotkałem innych innostrońców (dwójkę Argentyńczyków i Szwajcara), zdałem sobie sprawę że ostatni turyści których spotkałem byli w Irkucku, w sumie to nie brakowało mi ich wcale i nawet nie próbowałem z nimi rozmawiać. Tylko od razu ruszyłem do okienka i swoim łamanym rosyjskim podjąłem rękawice z kolejnym posowieckim konsultantem. Poszło bardzo sprawnie i bardzo ładnie, a to dopiero ciekawostka, zawsze trzeba było się nagimnastykować, a tu formularz, zdjęcie i hajs (55dolarów i 100som), za tydzień mogę odebrać wizę. Drugą opcją było 75dolarów i 100som, a za to od ręki wiza, ale mi się nie śpieszyło, bo miałem już w głowie plan na majówkę.
Wracając z ambasady na piechotę do centrum kupiłem tradycyjny chlebek prosto z pieca, a ten był tak ciepły że parzył w ręce, do tego i tu ciekawostka, serek topiony o smaku czekolady, który walorami smakowymi na kolana mnie nie powalił, a jego smak określił bym raczej jako ciekawy.
 |
| Pyszny tradycyjny chleb prosto z pieca… |
Dochodząc do centrum w oddali słyszałem dźwięki grającej orkiestry, gdy doszedłem na głównego placu zobaczyłem co się dzieje. Grała orkiestra, niby to wojskowa, ale dziwna bo mundurowi byli przeplatani z cywilami, po chwili z obu stron placu krokiem paradnym w maszerowali na niego żołnierze, policjanci, celnicy i wszelkie formacje mundurowe. Zaraz zrozumiałem co się dzieję, trafiłem na próbę parady z okazji dnia pobiedy. Jako że sam dzień pobiedy miałem spędzić gdzieś w Pamirze, to chociaż tutaj miałem okazję zobaczyć namiastkę tych legendarnych defilad. I muszę przyznać że mimo iż była to próba, to robiła wrażenie. Próby trwały wiele godzin, ja w pewnym momencie muszę przyznać że się już znudziłem próbami i ruszyłem dalej w miasto, z planem odwiedzenia bazaru.
 |
| Wspomniana mieszana orkiestra |
 |
| Rosjanie też byli… |
Osz Bazar to największy bazar w mieście i chyba największy na jakim do tej pory byłem, spacerowałem na nim dość długo i muszę przyznać że w pewnym momencie się zgubiłem, ale nie był to dla mnie problem bo chodziłem bez celu, a czasu miałem sporo. Niestety nie znalazłem na tym bazarze nic ciekawego, stwierdziłem wręcz że bliskość Chin sprawia iż rynek zalany jest falą Chińskiej tandety i próżno szukać ciekawych znalezisk.
A jutro rano ruszam nad Issyk Kul, bo sumie plan na majówkę miałem opracowany, międzyczasie złapałem kontakt z Ojcem Remigiuszem, misjonarzem z Polski, który prowadzi nad Issyk Kul ośrodek dla dzieci niepełnosprawnych. Napisałem do niego maila z pytaniem czy nie znalazł by się kawałek dachu dla samotnego wędrowca, na co dostałem odpowiedź że coś się znajdzie i mogę przyjechać. Czyli majówka nad pięknym górskim jeziorem, czego chcieć więcej. Następnego dnia rano poczłapałem na dworzec autobusowy, który na szczęście miałem bardzo blisko.
 |
| Chińszczyzna… |
 |
| Jedno ze stoisk końskich |
Podoba Ci się post? Podobają Ci się zdjęcia? Masz jakieś pytania lub chcesz coś dopowiedzieć? Nie krępuj się i zostaw po sobie ślad w formie komentarza… Żebym wiedział że moja praca trafia do Ciebie… :)))
I te pomniki… ten na siódmym zdjęciu od góry bardzo przypomina mi Pomnik Czynu Rewolucyjnego w Rzeszowie. Styl nie do podrobienia 😉
Mięso i inne produkty na przyczepce. Da się ? I pewnie jest 10 razy zdrowsze od tego z "normami". Czy ci panowie na zdjęciu z bazaru grają w tryktrak? Na maxa nie ogarniam tej gry…
Hahaha, tez od razu zwróciłam uwagę na to mięso na przyczepce 🙂 Ciekawie się Biszkek prezentuje na Twoich zdjęciach, w ogóle nie przytłacza i tak jak piszesz, może nie jest ładne, ale wygląda przyjemnie!
Po przejechaniu Rosji i Kazachstanu, Biszkek okazał się bardzo miłą odmianą od surowych i przytłaczających miast… i muszę przyznać że jak było powiedziane urody mu brak, to chętnie tam wrócę… :)))
Ten sam świat… :)))
Powiem tak mam problemy z żołądkiem i w Polsce bez leków ciężko mi funkcjonować, tam jadłem na bazarach gdzie w "kuchni" nie było bieżącej wody i było ona donoszona w wiadrach, mięso jak widać na obrazku, a brałem o połowę mniej leków, bo nie było takiej potrzeby brać… a organizmu nie oszukasz…
To mięso to trzymane jak na Placu Imbramowskim w Krakowie. Nadal podkrakowskie przekupy przywożą całe kurczaki, które wywalają na skrzynki i z wystającymi nóżkami kurcząt z foliowych siatek – zachęcają do kupowania 🙂
Choc galeria spora, to mógłbym oglądać zdjęcia tamtych okolic w nieskończoność 🙂
ciekawie to wszystko wygląda, chociaż zupełnie mnie w tamte strony jeszcze nie ciągnie. poza tym zawsze podziwiam osoby, który podróżują same i to tak daleko, ja zwykle muszę mieć ze sobą jakiegoś towarzysza, żeby na bieżąco móc dzielić się swoimi spostrzeżenia. no i we dwójkę zawsze raźniej. 😉
stolica faktycznie wygląda bardzo nie jak stolica, ale ma swój urok, trzeba to przyznać. mnie pewnie by się bardzo spodobała, bo nie ma w niej zbyt wielu ludzi (tak przynajmniej patrząc po Twoich zdjęciach), a oni zwykle najbardziej utrudniają zwiedzanie. 😉
pozdrawiam.
Probuje wyobrazic sobie smak nutelly z serkiem topionym i nie bardzo mi wychodzi… Miasteczko (zwlaszcza bazar) przypomina mi podmoskiewski Klin, w ktorym spedzilam pare miesiecy. Wspomnien czar 🙂