„Rosja vs Stany” etap 1, czyli Pendolino, Ukrainian i Moskwa…

          Nadszedł ten dzień, dzień w którym miałem zacząć realizować kilka swoich marzeń, dzień w którym miałem wyruszyć na swoją najdłuższą jak do tej pory wyprawę, najdalszą, ale przede wszystkim co mnie najbardziej przerażało samotną. Jeszcze dzień przed wyjazdem będąc w pracy nie czułem żadnych emocji, zaczęło się kiedy przyszedł ten dzień… Piątek 10.04.2015…
          Cały dzień siedziałem jak na szpilkach oczekując momentu wyjścia, a kiedy wreszcie wyszedłem z domu, okazało się że świat nie ma zamiaru się zbytnio zmieniać z tego powodu że ja gdzieś tam jadę, słońce świeciło, sąsiad spacerował z pieskiem, nawet tramwaj który podjechał jako pierwszy to był ten którym zawsze jeździłem do pracy… w sumie tylko ja byłem jakiś inny…
          Gdybym nie zaczął od małego poślizgu to nie był bym sobą i tak już na starcie mało nie spóźniłem się na pociąg, te sławne Pendolino. Szybko okazało się jednak że to całe Pendolino to niestety dużo szumu o nic. Część drogi spędziłem na swoim miejscu, a część (w sumie przyjemniejszą) w WARSie popijając piwko, pomyślałem „W końcu jadę na wakacje to mi się należy” i lekką ręką dałem 12zł za te ciepłe siki, zdecydowanie nie polecam, chyba że jedziecie tak jak ja na kanikuły… 


          W Warszawie zatrzymałem się u koleżanki którą znam jeszcze z pierwszych klas podstawówki, a nie widzieliśmy się od dawna, tak że rozmów było sporo. Rano pociągiem miejskim z Warszawy Zachodniej dojechałem w 15 minut na lotnisko Chopina i tu zaczęła się dopiero zasadnicza część wyprawy…
          Przelot jak przelot, Warszawa – Kijów, potem Kijów – Moskwa, nie wyróżniało go żadne specjalne wydarzenie, w samym Kijowie przesiadka trwała około godzinę, zleciało szybko. Zatrzymam się jednak na chwilę w Kijowie i wspomnę wam o moim zapoznanym przyjacielu, który na imię miał Tim, na oko 4 lata. Cały lot z Warszawy siedział za mną i skutecznie mi go „umilał”. Przy wysiadce jego mama poprosiła mnie o pomoc z bagażem, jako że sam nie mam dzieci i serdecznie współczuję tym co maja, bez wahania zgodziłem się. I W tym momencie razem z Timem zostaliśmy przyjaciółmi, bo już nie interesowało go nic po za mną i moim towarzystwem. Kiedy rozdzielaliśmy się Tim na pożegnanie machał mi, a ja przyjąłem to za dobrą gwiazdę, w sumie był jedyną osobą która mi machała przed moją jak by nie było daleką podróżą…
          Udało się dotarłem do Moskwy. Z lotniska Moskwa Domodedovo za 100 rubli do metra, a potem metrem za 50 rubli do centrum. Kupiłem mapę za 80 rubli i szybko odnalazłem swój hostel, który znajdował się nad rzeką Moskwa, co bardzo ułatwiło orientację. Godzina była jeszcze młoda, więc szybko poszedłem się przejść po okolicy, obiecując sobie omijać tego dnia Plac Czerwony. Jednak działał on na mnie jak magnes i po krótkim spacerze w niewytłumaczalny sposób stałem przed Soborem Wasyla nie gdzie indziej jak na Placu Czerwonym… Powoli zapadał zmrok, więc zacząłem kierować się w stronę hostelu, po drodze zatrzymałem się jeszcze na kolację, na Kroszke Kartoszke, w której się zakochałem.
          Kroszka Kartoszka to po prostu duży ziemniak w mundurku z masłem lub serem i z dodatkami (gałki jak do lodów) np. grzyby w sosie śmietanowym, parówki w sosie musztardowym, jakiś twarożek z krabem, czy łosoś…
          Następnego dnia zwiedzanie zacząłem od Soboru Wasyla gdzie wejście kosztowało 300 rubli. Muszę przyznać że miejsce to ma w sobie sporo mistycyzmu, ale nie będę się teraz rozpisywał bo na opis chciał bym poświęcić osobny post. Zwiedzanie Kremla niestety odpuściłem sobie z przyczyn czysto ekonomicznych.
          Następnie cały dzień spacerowałem po Moskwie, zajadając pierożki z katroszka lub z mięsem, nie można mylić ich z naszymi pierogami bo jest to całkiem coś innego, jest to raczej bułeczka drożdżowa z nadzieniem smażona na głębokim oleju, bardzo smaczna. Moskwy teraz nie będę opisywał, bo w internecie i księgarniach roi się od przewodników, gdzie znajdziecie rzetelną wiedzę. Powiem tylko że jest pełna przepychu i wszystko jest monumentalne.
          Ja raczej chciał bym wam opowiedzieć o swoich spostrzeżeniach, bo tego w przewodnikach nie ma, a kto mnie zna wie że wolę się skupiać na ludziach niż na zabytkach. Nie będzie tego wiele, przez dwa i pół dnia ciężko poznać miasto i mieszkańców, ale jednak.
1. Ależ te Rosjanki są ładne, myślałem że najładniejsze i najwięcej ładnych kobiet widziałem w Erywaniu, tak było póki nie przyjechałem do Moskwy…
2. Rosjanie zawsze są eleganccy, nawet jak idzie w dresie to mokasyny lub pikolaki ma…
3. W Moskwie panuje szał na hulajnogi i jest ich pełno, wszędzie… nie wiem czy tak jest naprawdę czy ja jestem przeczulony na tym punkcie przez Dominika i jego wyprawę hulajnogą przez Oman, ale widziałem je wszędzie…
4. Rosjanie piją wszędzie? Dla mnie to bzdura, nie udało mi się spotkać pijących w miejscu publicznym Rosjan, raz tylko dwóch żuli, ale gdzie ich nie ma.
5. To jest dla mnie zagadka gdzie jest wódka? W sklepach spożywczych W Moskwie nie widziałem alkoholi tylko piwo, a wiadomo że piwo to nie alkohol…
6. Moskiewskie metro jest naprawdę piękne za 50 rubli (koszt jednego biletu) możemy odwiedzać pałacowe komnaty, miejsca spotkań proletariatu, schrony z II wojny światowej czy centrum dowodzenia Armii Czerwonej… niesamowite…
          Na koniec w Moskwie czekało mnie jeszcze ciekawe spotkanie, nazwane roboczo 1 Ogólnoruskie Spotkanie Blogerów Podróżniczych, z Szymonem Podróżnikiem. Taka alternatywa dla spotkania blogerów podróżniczych w Cieszynie na którym nie mogliśmy być. Wymieniliśmy spostrzeżenia, doświadczenia, plany i ogólnie długo rozmawialiśmy popijając Bałtikę…

Comments

  1. Moskwa na 100% jest na mojej liście miast do zwiedzenia – fajnie się czyta, a do Pendolino to zdecydowanie przereklamowane 🙂

  2. Polecam bardzo, bardzo Moskwę… piękna ale męcząca ja wolę jednak ustronne miejsca… :)))

  3. Te sławetne "pikolaki" i w ogóle styl ubierania na wschodzie jest dość często obiektem mojego wielkiego zainteresowania. Oni chyba z reguły starają się wyglądać jak z okładki, choć czasami wygląda to bardzo tanio lub pociesznie. Zaskoczyłeś mnie tymi hulajnogami. I dzięki za przypomnienie pierożków z kartoszką. Szerokiej drogi.

  4. Anonimowy says:

    Rosjanki, hulajnogi 😉 raj na Ziemi 😉
    Szpaku fajny wpis, dawaj częściej bo tutaj podróżowanie przy piwko jedynie zostaje 😉

  5. Rosjanki, hulajnogi 😉 raj na Ziemi 😉
    Szpaku fajny wpis, dawaj częściej bo tutaj podróżowanie przy piwko jedynie zostaje 😉

    Pozdrawiam Giętki

  6. Jest dobrze… piwo całkiem, całkiem więc spoko… ale w Irkucku już Bajkał mają, ale za daleko do końca żeby wozić w plecaku…

  7. W całym byłym ZSRR znane są pierożki z kartoszka, ja nawet wolę niż te z mięsem…

  8. Ten komentarz został usunięty przez autora.

  9. Kroszka Kartoszka chyba przypo0mina mi kumpir. Próbowałeś go kiedyś? Porównywalne?

  10. Drogi Panie Szpaku:). Piękna jest twa opowieść. Rosjanie tą wódkę to przez nami pewnie schowali. Nie chcą się w Moskwie dzielić, ale może to i dobrze, cholera wiem, co tam w środku jest. Pięknie Ci Bajkału zazdroszczę. Do dziś mam przed oczami złote skały nad Bajkałem zachodzącym słońcem oświetlone. Szkoda, że to tylko była fotografia w książce:(.

  11. Monika says:

    Kroszka kartoszka brzmi pysznie – chętnie bym spróbowała.

  12. Niestety nie miałem okazji, więc nie mam porównania

  13. Bajkał cudowny i wiem że jeszcze tam wrócę…

  14. Jak mówił leniwiec Sid "Delisje" 🙂

  15. Najbardziej skusiłeś mnie tym opisem metra:)

  16. Rozbiłeś mnie z tą elegancją 😀
    Mokasyny zawsze i wszędzie!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *