„Porto (wym. [ˈpoɾtu]; także Oporto) – miasto położone w północnej części Portugalii, nad Oceanem Atlantyckim, u ujścia rzeki Douro. Druga co do wielkości metropolia w państwie, po Lizbonie. W centrum administracyjnym Porto mieszka 237 591 mieszkańców, zespół miejski zamieszkuje 1 496 000 mieszkańców, natomiast w całej metropolii – Zespole Metropolitalnym Porto mieszka 1 762 524 mieszkańców.”
Tyle w skrócie dowiemy się od cioci wiki, plus parę innych faktów których nie będę kopiował bo możecie je sobie poczytać tam. Ja postaram się wam opisać, pokazać i opowiedzieć o nim po swojemu.
Porto odwiedziłem z trójką znajomych, po za sezonem turystycznym, dzięki czemu udało nam się znaleźć bardzo tanie lokum w samym centrum miasta, w serwisie www.airbnb.pl. Lot linią Ryanair z Berlina do Porto kosztował mnie 265 zł, a dojazd na lotnisko 18 zł w dwie strony dzięki PolskiemuBusowi.
Z Jackiem i Agatą spotkaliśmy się na dworcu we Wrocławiu, a na lotnisku w Berlinie dołączył do nas Dominik. Sam lot odbył się bez większych przygód, a jako że była z nas wesoła kompania (rozweselona zakupami na strefie bezcłowej) czas zleciał bardzo szybko i przyjemnie. W Portugalii wylądowaliśmy już późnym wieczorem, ale na szczęście metrem mogliśmy się dostać z samego lotniska w pobliże naszego mieszkania, a w nim mieliśmy do dyspozycji 3 sypialnie, salon, łazienkę z toaletą, toaletę, kuchnię i dwa balkony. Zmęczeni i zadowoleni rozeszliśmy się grzecznie do swoich łóżek, wiedząc że jutro od samego rana czeka nas moc emocji.
Z samego rana trzeba było zrobić szybkie zakupy, jako że wstałem jako pierwszy oczywisty wybór padł na mnie, zaraz po mnie wstała Agata która w mgnieniu oka (jak na kobietę) była gotowa aby iść ze mną. Okazało się że najbliższy sklep otwierają za 30 minut, więc postanowiliśmy się przejść po okolicy. Pogoda całkowicie odbiegała od tej którą zostawiliśmy w Polsce, było ciepło, słonecznie, a dzień zapowiadał się naprawdę ładnie.
Po śniadaniu ruszyliśmy na podbój Porto, najlepszym możliwym sposobem idąc przed siebie i kręcąc się po uliczkach. Najpierw dotarliśmy do kościoła św. Ildefonsa zdobiony piękną niebieską mozaiką.
Następnie udaliśmy się na plac wolności, przy którym stoi ratusz i piękne kamienice.
Błądząc uliczkami nie mogliśmy nacieszyć oka widokami, aż w pewnym momencie dotarliśmy zupełnym przypadkiem do tarasu skąd rozpościerał się widok na rzekę Douro i panoramę miasta. Idąc dalej zagłębiliśmy się w miasto w którym już nie było widać turystów.
Następnie dotarliśmy na plac przy którym stoi pomnik Henryka Żeglarza, króla (edycja: „Henryk Żeglarz nie był królem Portugalii, był tylko królewiczem czy dokładniej wg. tradycji portugalskiej – infantem”) Portugalii który zapoczątkował zamorskie wyprawy i wprowadził Portugalię w erę wielkich odkryć geograficznych. Po tym spacerze postanowiliśmy zatrzymać się w jednej z wielu knajpek i odpocząć przy lampce wina.
Dalej idąc nabrzeżem które jest wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, przeszliśmy do najbardziej znanego, dwupoziomowego mostu „Ponte Dom Luis” który został zaprojektowany przez ucznia Gustava Eiffela. Przechodząc przez most dotarliśmy do dzielnicy winnic i winiarni, znanych oczywiście z najlepszego wina porto, gdzie nie odmówiliśmy sobie zwiedzenia jednej z winnic i degustacji. Wino porto Calem towarzyszyło i prześladowało nas już do końca wyjazdu.
Po degustacji porto w Porto postanowiliśmy udać się na obiad do restauracji, tam miałem okazję zjeść francesinha czyli lokalny przysmak, a jest to tost zapiekany z żółtym serem i dużą ilością różnych mięs, polany ostrym sosem winno-pomidorowym, a na samym wierzchu znajdziemy jajko sadzone, do tego frytki. Pychotka.
Najedzeni ruszyliśmy zabytkowym tramwajem na zachód słońca nad ocean. Zachodu niestety nie było, bo pogoda trochę się popsuła. Spacerując po plaży, spotkaliśmy dwójkę polaków, którzy od prawie pół roku podróżują po Europie swoim busem. Spotkanie polaków w Europejskich miastach to nic specjalnie dziwnego, ale kiedy spotyka się zupełnie przypadkiem swoją koleżankę z czasów liceum na samym końcu Europy to już jest ciekawe spotkanie. Tego wieczora opróżniliśmy nie jedną butelkę porto i wina.


















































Kozak, ale mała korekta: Henryk Żeglarz nie był królem Portugalii, był tylko królewiczem czy dokładniej wg. tradycji portugalskiej – infantem :).
dobrze że czuwasz :)))
Super zdjęcia. Z przyjemnością popatrzyłam sobie na te znajome miejsca 🙂
A co do winiarni – sama miałam przyjemność odwiedzić słynną Ferreirę.
Pozdrawiam serdecznie.
Porto zdarzyło mi się w czasie mojej pierwszej dłuższej stopowej podróży. Jak teraz o niej myślę, to ale niedoświadczoną gówniarą byłam. Ech, tęsknię za tym miastem. I krajem.
Porto nigdy mnie nie przestanie zachwycać! Byłam dwa razy, w marcu znów jade i właśnie mi zrobiłeś mega smaka, nie mogę się już doczekać! Całkiem nieglupie miasto, no i to porto… 🙂
ach Portugalia jeszcze przed nami, ale już nie długo… na pewno skorzystam z Twojego tekstu
A mnie nie było jeszcze w Porto 😉 Ale z chęcią się wybiorę i zjem tego francesinha, bo nabrałam ochoty patrząc na to zdjęcie 😉 Pozdrawiam!
Porto, Porto, piękne Porto :D.
Ciekawa relacja, przyznam szczerze 🙂 Mieszkam w Porto od 2 miesięcy i jeszcze nie spotkałam nikogo, kto określiłby potrawę zwaną francesinha słowem "pychotka" 🙂 Pozdrawiam, A.
Co poradzić lubię ciężkie żarcie. hihihi 😉