W Bradze i Fatimie, wino smakuje równie dobrze – czyli Portugalia Szpaczym okiem cz.2

          Teraz zapraszam was do drugiej części mojej podróży do Portugalii i Porto. Jeśli nie mieliście okazji przeczytać części pierwszej to zapraszam pod TEN link. Post jest podzielony na dwie części pierwsza część to pierwszy dzień w Porto, a druga to reszta wyjazdu. Dlaczego tak? Bo każdy wie że pierwszego dnia widzi się najwięcej i jest w nas najwięcej emocji, dlatego jest najwięcej do opowiadania, wszystko jest dla nas nowe i zaskakujące, potem już chodzi się w dużej mierze po tych samych miejscach.
          Drugi dzień w Porto zaczęliśmy dość późno, ze względu na to że do późna urzędowaliśmy w towarzystwie Kasi i Remiego, którzy zostali u nas na noc, a rano spakowali manatki, bo dzisiaj już chcieli opuszczać porto i ruszać dalej w Portugalię by następnie dostać się do Maroko. My za to po śniadaniu, udaliśmy się na dalsze zwiedzanie Porto.

          Zaczęliśmy od przejścia się koło pozostałości murów obronnych i szczytem mostu Ponte Dom Luis I w obie strony. Następnie odwiedziliśmy katedrę skąd krętymi i wąskimi uliczkami doszliśmy na nabrzeże. Na dzisiaj mieliśmy plan zagłębić się w nowszą część miasta (dokładnie w dzielnicę Boavista), a tam naszym celem był między innymi stadion klubu Boavista Porto, bo jak kiedyś wspominałem jestem entuzjastą odwiedzania lokalnych stadionów piłkarskich, a w szczególności w krajach których piłka nożna jest bliska religii. Sam stadion zaskoczył mnie wielkością, jak na obiekt należący do drużyny której do potęg ligi Portugalskiej daleko brakuje. Spodziewałem się raczej boiska, a zastałem stadion z prawdziwego zdarzenia. Jako że było już ciemno, oświetlenie słabe to zdjęć nie robiłem.

          W drodze powrotnej pojechaliśmy jeszcze na stację kolejową Sao Bento żeby dowiedzieć się o ceny biletów i możliwości dojazdu do Bragi, na następny dzień. Jakież było nasze zdziwienie kiedy wchodząc do zabytkowego dworca oczom naszym ukazały się piękne azulejos, którymi nie mogłem się napatrzyć. A sam dojazd do Bragi okazał się niesamowicie prosty, pociągi jadą ok 45 minut, co godzinę i kosztują 6,20 euro w obie strony.

          Następnego dnia rano wyruszyliśmy do Bragi, miasta nazywane Portugalskim Rzymem. Jest to jedno z najstarszych miast w Portugalii oraz jedno z najstarszych miast chrześcijańskich na świecie, a założone zostało przez Rzymian w 27 r. p.n.e. Moja wiedza na temat tego miasta była wyjątkowo powierzchowna, a wybór na odwiedzenie go padł tylko ze względu na lokalną drużynę SC Braga i jej pięknie usytuowany stadion. Niestety albo i stety okazało się że miasto jest na tyle ciekawe że wciągnęło nas od samego początku, a na dotarcie do stadionu zabrakło nam czasu. Błądząc po uliczkach bez mapy i żadnego merytorycznego przygotowania dotarliśmy najpierw do Katedry, potem spacer po starym mieście i obiad w restauracji, gdzie miałem okazję spróbować bacalhau, czyli suszony i solony dorsz o silnym (mało przyjemnym zapachu), którą po namoczeniu i wypłukaniu można przyrządzić na wiele sposobów, w tym przypadku była smażona, a do tego lokalne białe wino.

          Najedzeni poszliśmy dalej spacerować po mieście. Po kilkunastu krokach dotarliśmy na rynek i pod ratusz. W koło było przyjemnie zielono, dzień był wyjątkowo słoneczny, a my zadowoleni, najedzeni i rozleniwieni, dlatego postanowiliśmy zrobić sobie sjestę (tzw. pół godzinki dla słoninki).

          Kolejnym celem miał być stadion Bragi, ale pytając ludzi o drogę prowadzili nas za każdym razem w innym kierunku, co spowodowało długie błądzenie, a kiedy w końcu ruszyliśmy w odpowiednim kierunku okazało się że jest już na tyle późno że trzeba myśleć o powrocie do Porto. Jedynym plusem z poszukiwań było że w pewnym momencie dotarliśmy na obrzeża miasta i dość odludny zakątek skąd mogliśmy podziwiać okoliczne wzgórza, panoramę miasta i piękne czerwieniejące niebo.

          W drodze powrotnej przez stare miasto, zaszliśmy jeszcze do kawiarni na kawę i tradycyjny deser czyli pastel de nata czyli pyszna babeczka z kremowym nadzieniem.

          Przed ostatni dzień w Portugalii mieliśmy zarezerwowany na wyprawę do Fatimy. Chyba każdy słyszał o tym świętym miejscu, gdzie Matka Boska nazwana później Fatimską, objawiła się trójce ubogich dzieci, a św. Łucji przekazała tajemnice Fatimskie. Przyznam szczerze że dosyć dużo pamiętam z tej historii, ale nie chcę o niej pisać, bo każdy może sobie w internecie znaleźć i przeczytać dokładnie jak to było. W każdym razie my postanowiliśmy odwiedzić sanktuarium w Fatimie. Okazało się że dojazd jest naprawdę całkiem niezły, niedaleko naszego mieszkania był dworzec autobusowy na którym wsiedliśmy w autokar do Lizbony który jechał przez Fatimę, koszt to 16 euro i ponad 3 godziny jazdy. Sam nie wiem czego się spodziewałem, ale to co zobaczyłem mnie zawiodło, jedna wielka komercja, sklepiki pełne figurek z Matką Boską, sanktuarium które mojego zachwytu nie budziło, muzeum objawień i piec do którego wrzucało się świeczki ku intencji. Dla pielgrzymów którzy odnajdują się w modlitwie, pewnie jest to spełnienie marzeń, ale dla mnie była to wątpliwa przyjemność, chociaż tyle że wejście wszędzie było za darmo, a świeczki w bardzo rozsądnych cenach (od. 0,5 euro). Na szczęście na miejscu były również normalne sklepy gdzie można było się zaopatrzyć w buteleczkę porto.

          Tego samego dnia po powrocie do Porto, poszliśmy jeszcze na nocny spacer.

          Ostatni dzień polegał na tym że mieliśmy do odwiedzenia trzy punkty i dotarcie na lotnisko. Pierwszym z nich była najpiękniejsza na świecie księgarnia, która według wielu inspirowała J. K. Rowling do stworzenia ulicy Pokątnej w Harrym Potterze. Niestety w środku jest zakaz fotografowania więc zdjęć moje autorstwa nie ma, ale w internecie na pewno znajdziecie kilka. Kolejnym miejscem był targ, na którym można było kupić świeże owoce, warzywa i różnego rodzaju pierdoły jak to na targu, mnie skusiły papryczki Piri-piri (ostre jak cholera, o czym miałem się później przekonać razem z Dominikiem). A na koniec oczywiście Estadio de Dragao, czyli stadion FC Porto, skąd metrem bezpośrednio dojechaliśmy na Lotnisko.

Comments

  1. Tatiana says:

    Przepiękne miasto, cudne zdjęcia przekazujące klimat. Mam nadzieję w bliżej nieokreślonej przyszłości zobaczyć to na własne oczy

  2. Widzę nie tylko ja jestem zapaloną miłośniczką sportu, przez co uwielbiam wpadać m.in. na stadiony piłkarskie 🙂 piękne zdjęcia!

  3. Kinga says:

    Fajne zdjęcia 😉

  4. Tak, dworzec w Porto zdecydowanie robi wrażenia! Jechaliśmy stamtąd do Pinhao doliną Douoro. Chociaż w sumie chyba te malutkie klimatyczne dworce po drodze bardziej mi się podobały 😉 A do samego Porto zdecydowanie musimy wrocić – tyle do zobaczenia jeszcze!

  5. Ale kolekcja zdjęć – chyba wszystko udało Ci się zatrzymać na fotach! 🙂
    Dworzec jest przepiękny. Mieszkałam blisko niego, kiedy byłam w Porto kilka lat temu i chyba do tej pory nie widziałam piękniejszego!

  6. kami says:

    ach, przypomniała mi się Portugalia i jak tam pięknie, już się nie mogę doczekać jak wrócę niedługo 🙂 Szkoda, że będąc w Bradze nie udało Ci się i o Guimaraes zahaczyć, chyba nawet piękniejsze jest! Ale masz przynajmniej gdzie wrócić następnym razem 🙂

  7. Wspaniałe zdjęcia, ale jak dla mnie najważniejsze są opisy pełne prawdziwych odczuć – co było dobre, co było słabe, co było warto dłuższego oglądania. Bez nadmiernej koloryzacji miejsc i sztuczności. To do mnie przemawia.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *