Granica między Turkmenistanem a Kazachstanem to bardzo specyficzne miejsce. Nie prowadzi tam żadna droga, znajduje się gdzieś na środku pustyni lub stepu, sam już nie wiem do czego to zaliczyć, ważne natomiast jest to że nie ma tam nic prócz płotu i przejścia granicznego. Nasz kierowca zdarł z nas ostatnie pieniądze i wysadził przed granicą po stronie Turkmeńskiej, po czym odjechał. Zostało nam nam ok 20 dolarów i 20 euro (schowanych bardzo głęboko na czarną godzinę) oraz kilka manatów, w sumie to nawet dobrze bo na granicy nie mieliśmy wiele do wpisywania do kwestionariusza.
Wbrew temu co mogło by się wydawać na granicy panował duży ruch. Było trochę samochodów albo nowoczesne auta terenowe albo stare zdezelowane łady nie terenowe, osób przechodzących pieszo też było sporo. Szybko okazało się że to jedyne przejście graniczne między tymi krajami jest przekraczane tylko przez drobnych przemytników, a dwóch gości o wyróżniających się licach, z wielkimi plecakami wzbudziło szybko ogólne zainteresowanie. Jako że byliśmy jedynymi nie mrówkami, przepuszczono nas w kolejce, a pewien stały bywalec graniczny pomógł nam szybko wypełnić kwestionariusze. Turkmeńscy celnicy odprawili nas dosyć szybko i znaleźliśmy się na ziemi niczyjej, gdzieś w Azji centralnej.
Strefa buforowa miała około kilometra może dwóch, a trzeba było ją oczywiście pokonać pieszo. Przez całą drogę towarzyszył nam człowiek który pomagał nam z kwestionariuszami. Przy rozmowie okazało się że przez pół życia pracował jako celnik, a teraz jest mrówką i przenosi alkohol oraz papierosy z Kazachstanu.
Gdy doszliśmy do pierwszej kontroli Kazachskiej, celnik nie krył zdziwienia widząc nas, a rozmowa wyglądała mniej więcej tak:
– a wy kto?
– a my Paliaki – celnik jak to Kazach miał już oczka jak szparki, ale zmrużył je jeszcze bardziej…
– a skąd wy tu?
– a my turisty – tutaj stała się rzecz odwrotna i oczy celnika otworzyły się szeroko i miały wielkość 5 zł
– a czym wy tu prijechali?
– a my peszkom przyszli – myślałem że już bardziej oczu nie da się otworzyć ze zdziwienia, a jednak…
– a gdzie maszina?
– nie ma, my peszkom przyszli – zdziwienie celnika sięgnęło zenitu, a ten postanowił o więcej nie pytać, myślę że miał już dosyć wrażeń, ale za to postanowił nam pomóc i już chciał nas wpakować do najbliższego auta, ale kierowca (przemytnik) jakoś nie był szczęśliwy. My grzecznie podziękowaliśmy i przeszliśmy dalej.
Następna kontrola była już właściwą kontrolą graniczną, którą właściwie przechodziliśmy sami, o dziwo wszystkie mrówki się rozpłynęły i nie było nikogo. Do naszej kontroli zeszli się chyba wszyscy celnicy, to była nie lada gratka dla nich. Przeszukując nasz bagaż, znaleźli widokówki z Kazachstanu które dostaliśmy w Iranie od Kazachskiego konsula. Zestaw widokówek z Astany i Parku Narodowego wywołał u graniczników poruszenie, myślę że grubo ponad połowa z nich nigdy w Astanie nie była. Potem było oglądanie zdjęć, oczywiście górę wzięła ciekawość. Cała kontrola przebiegała w bardzo przyjaznej atmosferze, puki nie przyszedł dowódca zmiany i nie pogonił swoich do roboty, a nas nie pożegnał.
Jak do tej pory szło nam bardzo dobrze, ale co dalej jesteśmy z drugiej strony granicy, bez pieniędzy, ponad 100km od najbliższych osad ludzkich. Jedynym punktem do którego mogliśmy się udać to był stary barak w którym kobiecina sprzedawała papierosy, alkohol, konserwy, czekoladę i colę przemytnikom. Za ostatnie manaty zaopatrzyliśmy się w pasztet, colę (wody nie miała) i czekoladę. Myśląc co mamy zrobić przypadkiem weszliśmy do pomieszczenia w którym przemytnicy przygotowują się do przekroczenia granicy, wyglądało to mniej więcej tak że kilka osób stało i chowało fajki gdzie tylko się da, oczywiście nikt nawet nie zwrócił na nas uwagi.
Wychodząc ze „sklepu”, okazało się że szczęście nam sprzyja, odprawę graniczną przechodził akurat ostatni z trzech Ukraińskich TIRów. Postanowiliśmy zapytać czy nas nie wezmą do najbliższej cywilizacji. Podchodząc usłyszeliśmy:
– Co Polska armia tutaj robi? – była to aluzja do mojej naszywki na ramieniu z flagą Polski…
Kierowcy zgodzili się nas zabrać na stopa, a w oczekiwaniu na ostatnią ciężarówkę rozmawialiśmy, opowiadaliśmy sobie różne historie, było bardzo przyjemnie i dużo śmiechu. Gdy przyszedł czas ruszyliśmy w zasadzie niby drogą, a tak naprawdę stepem. Przejechanie pierwszych 60km zajęło nam 3 godziny, mimo że byłem zmęczony nie udało się zmrużyć oka z powodu ciągłych wstrząsów. Potem zaczęła się droga i już jechało się lepiej, przejechaliśmy jeszcze ok 20km i zatrzymaliśmy się na nocleg.
Miejsce było specyficzne. Był to parking, z kapliczką i domem pustelnika, a do najbliższej wsi jakieś 30km. Pustelnik przywitał nas bardzo ciepło, ugościł herbatą, ciastkami i jedzeniem, my także wyciągnęliśmy nasze ostatnie zapasy jedzenia. Kierowcy zaszyli się w swoich autach, a my zostaliśmy w chatce na noc, nasz gospodarz nie chciał słyszeć o żadnym namiocie, więc zostaliśmy u niego na noc. Długo siedzieliśmy, rozmawialiśmy i piliśmy czaj. Opowiadaliśmy o Polsce, słuchaliśmy historii o życiu pustelnika. W ramach podziękowania zostawiliśmy leki i tabletki do uzdatniania wody, w takich miejscach trzeba się dzielić co się ma.
Punktualnie ze świtem zostaliśmy obudzeni, że ruszamy w dalszą podróż, wydarzyło się to tak szybko że nawet nie zdążyłem zrobić żadnych zdjęć, a musieliśmy się dostosować do kierowców, bo utknięcie w takim miejscu było by słabe. Kierowcy dowieźli nas do głównej trasy na Aktau, skąd od razu udało nam się złapać stopa do centrum miasta (do którego mieliśmy jakieś 150km). Na miejscu oczekiwała nas Rosjanka z CS, która niestety nie mogła nas ugościć, ale załatwiła nam genialny hotel nad brzegiem morza Kaspijskiego w bardzo dobrej cenie.
Udało się dotarliśmy do Kazachstanu, do Aktau, tutaj mieliśmy odpoczywać trzy dni, a potem lecieć do Erywania.
Poniżej udostępniam też kilka fotek od Dominika:
















