Pierwszą moją opisaną na blogu przygodą będzie ostatnia którą przeszedłem.
Wstęp
Udało mi się zorganizować trochę wolnego czasu i osobę towarzyszącą na małą kilku dniową wycieczkę. Pomysł na wspólny wyjazd padł na festiwalu podróżniczym 3 żywioły (gdzie poznałem moją towarzyszkę Zosię). Wybór Zosi był szybki Toruń, ja dorzuciłem jeszcze Malbork i plan gotowy. Wojaż krótki, lekki, przyjemny i co najważniejsze ekonomiczny (autostop + namiot).
Dzień 1
Zaczynamy w Gliwicach do których postanowiłem dostać się pociągiem. Już samo PKP postanowiło umilić mi podróż podstawiając chyba najstarszy skład jaki posiadali. Przesiadka w Opolu, okazuje się że tamten nie był najstarszy ewentualnie egzekwo z tym co dali w Opolu. Po dotarciu do Gliwic bez większych problemów odnajduję przystanek mojego autobusu i jadę w miejsce umówione z Zosią (wylotówka na autostradę A1). Jest godzina 16:00 ustalamy że dzisiaj chcemy się dostać do Łodzi gdzie u mojej siostry spokojnie spędzimy noc, a rano atakujemy Toruń. 6 minut później, zatrzymuje się pierwszy kierowca i proponuje nam jazdę do Czech, zdeterminowani chęciami odwiedzenia piernikowego miasta odmawiamy i życzymy szerokiej drogi. Po jakiś 30 minutach zatrzymuje się nowiutkie Audi A8 quattro, w środku odpicowany Pan w średnim wieku, „Do Skoczowa”. Padła szybka decyzja „w sumie w Wiśle też nie byłem jeszcze”. Ze Skoczowa kolejnymi stopami kolejno do Ustronia i Wisły. Teraz już jest pewne do Torunia i Malborka to raczej nie dojedziemy, ale spokojnie można jechać na Słowację (przezornie do plecaka wsadziłem mapę europy). Wybór pada na Słowacką Żylinę, chcemy dziś zrobić jak najwięcej się da, zresztą przydał by się jakiś nocleg bo namiot w górach i letnie śpiworki to słaby pomysł. Kolejny stop podwozi nas do… hm… gdzieś w góry, skąd nie bardzo wiadomo gdzie się udać, a już się robi ciemno. Na szczęście jest zatoczka gdzie można się ustawić i liczyć na uśmiech losu. Powoli zaczynamy myśleć o ciężkim noclegu, ale fortuna stoi po naszej stronie, zatrzymuje się auto zabierze nas do Istebnej. Jak się szybko okazuje nasze szczęście jest większe niż myśleliśmy początkowo. Trafiliśmy na dwójkę przewodników po Beskidach, którzy proponują nam nocleg. Grzechem było by odmówić. Herbatka, rozmowy o naszej podróży do Żyliny i podwózka do rodziców u których mamy zorganizowane spanie. Kolejna herbatka, ciasteczko oraz wieczorne rozmowy przy kominku. Potem prysznic i do spania bo rano ruszamy dalej.
Dzień 2
8:00 pobudka. Ranek był bardzo słoneczny. Korzystając z tego że mamy kuchnię do dyspozycji wypijamy kawę i jemy śniadanie. Gospodyni obdarowuje nas wałówką na drogę, niestety plecaki swoje warzą, a przetwory domowej roboty choć pewnie pyszne zajmują i tak deficytowe miejsce w plecaku. Jednak darowanemu się nie zagląda, dlatego jeden dżemik śliwkowy upycham w plecaku. Żegnamy się i serdecznie dziękujemy za gościnę, jakiekolwiek pieniądze za nocleg okazały się obrazą dla gospodarzy. Kierunek na dziś to Koniaków, Zwardoń i Żylina. Jest środek tygodnia miejscowi ludzie jeżdżą do pracy, na stopa zabierają bardzo chętnie lecz blisko. W jednym stopie poznajemy bardzo sympatyczną Panią która jedzie pomóc w przygotowaniach do wesela, opowiada nam ciekawe historie o lokalnej kulturze weselnej, a na sobotę zaprasza nas na weselną imprezę. Niestety jest Czwartek, chociaż kto wie. Kawałek dalej okazuje się że tutaj nawet nie trzeba łapać stopa, auta zatrzymują się same. Niestety kierunek był Milanówka, skąd pochodzi Golec Uorkiestra. Ustawiamy się na drodze ekspresowej Żywiec – Zwardoń. Niestety szybko się okazuje że mimo iż to międzynarodowa droga ekspresowa to bardzo mało uczęszczana. Na szczęście jesteśmy wypoczęci a pogoda naprawdę jest cudowna. Zatrzymuje się dostawczak mięsny i podwozi nas do przygranicznej faktorii gdzie handluje się ze Słowakami. Kolejny stop dostawczak z Wadowic z meblami i jedzie do Żyliny, jest dobrze. Po zamianie kilku słów z kierowcą na temat naszej dalszej trasy (ustaliliśmy wcześniej że po Żylinie, ruszamy do Bratysławy) okazuje się że nasz kierowca jedzie prosto do Bratysławy i chętnie nas zawiezie. W tej sytuacji zmuszeni byliśmy przez Żylinę tylko przejechać, ale za to dotarliśmy do stolicy Słowacji za jednym strzałem. Pierwsze wrażenie było raczej mizerne i stolica naszych sąsiadów nie przekonała mnie do siebie. Zrobiliśmy zakupy w Lidlu (w końcu miało być ekonomicznie), zasiedliśmy koło katakumb św. Jakuba i zjedliśmy obiad (Tuńczyk w sosie pomidorowym + bułki). Troszeczkę podbudowani ruszyliśmy w głąb. Zagłębiając się w stare miasto, z każdym krokiem okazywało się że Bratysława ma dużo więcej do zaoferowania niż nam się pierwotnie wydawało. Rynek, zamek, piękne kamienice, uliczki, pyszne piwo, Dunaj i drogie noclegi w hostelach. W związku z tym ostatnim nie bardzo wiedzieliśmy co zrobić, postanowiliśmy znaleźć miejsce do rozbicia namiotu, co w warunkach środkowoeuropejskiej stolicy jest dość kontrowersyjnym rozwiązaniem. Spacerując w okolicach Dunaju, szukając odpowiedniego miejsca postanowiliśmy zapytać w pobliskim barze czy nie mają jakiegoś pomysłu, niestety zabrakło nam wspólnego języka. Na ogródku przed barem siedział pewien Słowak którego postanowiliśmy też o to zapytać. Pokierował nas w stronę ponoć niedrogiego hostelu. Idąc w stronę tego miejsca dogonił nas ów Słowak i zaproponował że w sumie jak mamy namiot to możemy się rozbić u niego w ogródku. Miejsce do którego nas zaprowadził było genialne, mało widoczne, niedaleko wylotówki w stronę Wiednia. Nasz przyjaciel udostępnił nam toaletę, łazienkę (w piwnicy/garażu), poczęstował zieloną herbatą z miodem i jabłecznikiem. Pożegnał nas i pokazał gdzie mamy schować klucze od jego domu jak rano będziemy się zwijać. W namiocie świętowaliśmy że passa nam sprzyja. Zjedliśmy zupki chińskie, jabłecznik, wypiliśmy zieloną herbatę i zrobiliśmy sobie grzańca (którego kupiłem jeszcze w Ustroniu). Tego dnia zmęczeni zasnęliśmy bardzo szybko…
C. D. N.

To ja czekam na kontynuację 🙂 Ale widzę że ludzi to super spotykaliście na swojej drodze.
Toruń moje ukochane miasto, więc determinację rozumiem. Czekam na więcej..
Wielkie wyzwanie w taka trasę wybrać się autostopem, ale też fajna przygoda. Pozdrawiam.