Ukraina, Mołdawia Drogą Żelazną cz.1, czyli jak się dostać pociągiem do Kiszyniowa…

          Wreszcie udało mi się wyruszyć na Ukrainę i do Mołdawii, które już kilka razy w tym roku były planowane, ale zawsze coś wyskakiwało. Tym razem nic nie mogło już stanąć na przeszkodzie, startujemy w niedzielę 09.08.15 razem z Giętkim i Alicją, powrót planujemy około 21.08.15 na wesele mojego przyjaciela. Plan mamy prosty ale i ambitny Wrocław – Przemyśl – Lwów – Kiszyniów – Komrat – Odessa – Kijów – Lwów – Przemyśl – Wrocław, ponad 3 tysiące kilometrów, co z tego wyjdzie zobaczymy w trakcie, ale ważne że plan jakiś tam jest.
         Pierwszy etap przebiegał w zasadzie bez przygód, chyba że wspomnimy o tym że nasz pociąg ICC którego pierwszą stacją był Wrocław, miał 20 minut opóźnienia, mimo że jeszcze nie wyjechał na trasę, ale jak się reklamują „Nie każdy pociąg to PKP”. Fakt PKP to nie było, ale Deutsche Bahn tym bardziej nie. W sumie poruszę jeszcze jedną niewygodną kwestię jeśli chodzi o Polską kolej, bo pociąg z Wrocławia do Krakowa jedzie 3 godziny co jest przyzwoitym wynikiem, ale kolejny etap z Krakowa do Przemyśla to już 5 godzin, a odległość ciut mniejsza. Gdzie logika? Gdzie sens? W każdym razie do Przemyśla dojechaliśmy około 2 w nocy, na szczęście na miejscu mieliśmy umówiony transport do Medyki, gdzie bez kolejki przeszliśmy granicę. Czekając na pierwszą marszutkę do Lwowa (chwilę przed 6), zjedliśmy śniadanie.

          Pierwszy punkt na Ukrainie na naszej mapie podróży to Lwów, ale zwiedzać go mieliśmy w planie dopiero wracając. Teraz kupiliśmy tylko bilety na dalszą podróż, a jako że mieliśmy kilka godzin do pociągu postanowiliśmy w okolicach Rynku wypić dobrą kawę. W samym narożniku rynku znaleźliśmy manufakturę kawy, w której mogliśmy napić się naprawdę wyśmienitej kawy, w cenie jak najbardziej europejskiej, bo w tej samej cenie można zjeść obiad, ale muszę przyznać że było warto, zresztą nasze fundusze jak to na początku wyjazdu wyglądały jeszcze całkiem dobrze.

Nasi towarzysze w Medyce
Marszutka jak marszutka

Dworzec

          Na dworcu spotkaliśmy się z dwoma kolejnymi uczestnikami naszej wyprawy z Marianem i Szczepanem, którzy spontanicznie dołączyli się do nas. Wybrali się oni również na wschód, bez konkretnego planu, a kierunek Mołdawia ich zaciekawił. Jako że nie widzieliśmy się dawno, a klimat wschodnich pociągów sprzyja rozmowie i spożywaniu trunków, to zaczął się bal. Trasa do Żmerynki gdzie mieliśmy przesiadkę trwała około 6 godzin, w czasie których w 3 najbliższych wagonach zabrakło piwa i musieliśmy się zaopatrywać u Babuszek na stacjach… eh, czym by było podróżowanie za wschodnią granicą bez Babuszek u których wsio jest. Zresztą u prowadników też zawsze piwko można kupić, niestety Ci nie byli przygotowani na nas, stąd braki w zaopatrzeniu.
          W Żmerynce okazało się że nasza dalsza trasa na dzisiaj stoi pod znakiem zapytania, ponieważ na dzisiejszy pociąg do Kiszyniowa, jadący z Petersburga nie ma biletów, dopiero na jutro co było nie do przyjęcia, cena (500 UAH) zresztą też. Po krótkim namyśle postanowiliśmy kupić bilety na elektriczkę do granicy, tą przekroczyć pieszo, a potem martwić się co dalej. Tak też zrobiliśmy. Jako że do elektriczki mieliśmy trochę czasu postanowiliśmy przejść się po Żmerynce i coś zjeść. Niestety okazało się że znaleźliśmy jedną tylko restaurację i to pizzerię, a kto to widział jeść pizzę na Ukrainie, no cóż… jak mus to mus… chociaż tyle że była bardzo smaczna, albo my bardzo głodni.
          Do granicy mieliśmy 100 km, a jazda elektriczką trwała ok. 3 godziny, nasza piątka była praktycznie jedynymi pasażerami. Szybko wzięło nas zmęczenie, więc każdy się wygodnie ulokował w dogodnym dla siebie miejscu. Droga minęła nam szybko, a potem czekał nas jeszcze dłuższy spacer do granicy.

Taka sytuacja, a w zasadzie to jej część…

Wsiadając do elektriczki, dostałem prezent o poznanego na peronie Ukraińca, trzymam go w ręce…

          Przekroczenie granicy przeszło gładko, dzięki późnej porze obeszło się bez kolejek, choć sami celnicy byli dość zdziwieni że o tej godzinie grupa polaków z plecakami przekracza w tym miejscu, pieszo granicę. Po drugiej stronie postanowiliśmy skierować się na dworzec, by skoro świt ruszyć do stolicy. Wystarczyło odejść kilka kroków od granicy, by przekonać się że Mołdawia do nie Ukraina, mimo że byliśmy w centrum przygranicznego miasteczka, życia w nim nie było w ogóle, sam brak życia tłumaczyła godzina, ale brak jakiegokolwiek oświetlenia był już dla nas szokiem. W żadnym oknie nie paliło się światło, a latarni ulicznych po prostu nie było. Do dworca mieliśmy mieć kilka kilometrów, co w normalnym stanie rzeczy nie było by problemem, ale tutaj brak oświetlenia i życia komplikował sprawę, przez co kilka razy myśleliśmy że gubiliśmy drogę, a nie było kompletnie kogo spytać o drogę. W końcu dotarliśmy do… jedyny oświetlony punkt w mieście… sklep monopolowy i lokalny bar w jednym, prowadzony przez Ukrainki, które pozwoliły nam przekoczować do świtu, a potem jeszcze ogarnęły nam marszutkę do Kiszyniowa, na tyle że kierowca specjalnie po nas przyjechał, bo pociągu oczywiście nie było.

Na Ukrainie już ciężko znaleźć tego jegomościa, ale wystarczy przekroczyć granicę z Mołdawią…

Comments

  1. Hehe, sklep monopolowy to przeciez podstawa, w kazdym szanujacym sie miasteczku 😉

  2. Clumsy says:

    Ah te wschodnie pociągi, aż by się chciało gdzieś pojechać. I ta nadrzędność tradycyjnej wschodniej cywilizacji nad internetową. Nie ma wymogu dostępu do internetu ani kart kredytowych, za to jest chęć dostosowania planów i najzwyklejsza w świecie interakcja międzyludzka.

  3. Gadulec.me says:

    Ciemno wszędzie głucho wszędzie. Dobrze, że w końcu odnaleźliście ten monopolowy 😉 Byłam na Ukrainie ponad 10 lat temu i mam wrażenie, że za wiele się nie zmieniło.

  4. WojciechT says:

    Nie zgodzę się. Jeżdżę na Ukrainę od ok. 10 lat i w tym czasie kraj zmienił się bardzo – a przynajmniej miasta. Tak jak jeszcze przed 2010 rokiem normą było, że większość samochodów na ulicach to stare Łady, tak dziś motoryzacja takiego Kijowa, Lwowa czy Mukaczewa niczym nie odstaje od tego, co można spotkać na ulicach zachodniej Europy. Podobnie jest z transportem publicznym, którego jakość bardzo poszła w górę.

    Ceny towarów i usług niestety też 🙁

  5. Ewa says:

    Jechałam kiedys pociągiem na Ukrainę z Warszawy. Podróż w tamtą stronę bez szaleństw, nawet dość sprawnie poszło na granicy, ale powrót… jeden wielki przemyt! Pasażerowie na równi z załoga pociągu rozkręcali wszystko, co się da i upychali fanty po kątach. Widać było też, kto opłacił celników, a kto nie. Jeden wielki cyrk!

  6. Coś w tym jest… monopolowy musi być 😀

  7. to jest własnie piękno podróży po wschodzie, otwartość ludzi… na samą myśl o tym chce mi się tam wrócić… 🙂

  8. Pociągiem granicy Polsko Ukraińskiej nie przekraczałem, ale na różnych granicach republik byłego ZSRR widziałem wiele podobnych przykładów… na granicy Kazachsko Turkmeńskiej wlazłem przez przypadek do pokoju przygotowawczego dla mrówek 😛

  9. Wojciech wydaje mi się że masz rację… odwiedziłem teraz Lwów, Kijów i Odessę, mam wrażenie że widziałem w tych miastach więcej dobrych aut niż w Polsce… ale przekroczenie granicy z Mołdawią to było cofnięcie się o kilka lat wstecz… ;p

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *